Wieża Błaznów

dyskusje na tematy związane z Andrzejem Sapkowskim
Obecny czas: 24.03.2017 @ 16:06:01

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
PostWysłany: 26.05.2008 @ 19:21:35 
Offline
Murderatrix
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20.09.2002 @ 18:24:13
Posty: 14123
Miejscowość: Bielsko-Biała
Na prośbę aerodynamika wklejam jego opowiadanie (bez jakiejkolwiek ingerencji w tekst).


"Kamień Przepełniony Krwią

Rzeki spływały krwią i kikutami kończyn.
Pod górą Evokozor rozegrała się bitwa, która mocno zaważyła nad losem północy Kontynentu Mroku. Plemiona barbarzyńskie zjednoczyły się ze sobą i z elfami, by pokonać najgorszą rasę Kelhaleshu.
A wszystko to za sprawą Kamienia Przepełnionego Krwią. Ordinae Elixinum. Drogi marderów – mrocznych elfów, zamieszkujących podziemia pasm górskich. Podziemne korytarze wydrążone w skałach ciągnęły się setkami kilometrów, a wgłębiały się w ponad dwadzieścia w ziemię.
Właśnie stamtąd nadeszła potężna, przeklęta armia.
Wyszli nagle z dużej jaskini, pod mostem Ghol, łączącego góry Aev i Keliander. Dosłownie wylegli, niczym chmara wielkich owadów, ogromną ilością czarnych rycerzy, magów i kapłanek Vorgut, bogini znienawidzonej rasy.
A przewodziła im arcykapłanka G’harden. Z Ordinae Elixinum w rękach.
-----
Barbarzyński wojownik Argent przechadzał się po wiosce Herbaciany Gród. Właściwie nie była to wioska, lecz kilkadziesiąt bezładnie porozrzucanych chat z drewna, pokrytych strzechą.
Herbaciany Gród należał do plemiona Everesken.
Barbarzyńca próbował przypomnieć sobie, o czym był sen, który zdarzył mu się tej nocy. Jednak nic nie pamiętał. Tylkom jakieś mętne obrazy, przedstawiające lejącą się krew.
Ptaki ćwierkały radośnie wśród sosen, świerków, olch i wierzb, nie zwiastując niczego złego.
Spływ rzeki przy wiosce wiódł do jeziora Techesław, przy górze Eliander. Rzeczka ta była dosyć wąska, ale głęboka. Czaiły się w niej takie monstra jak rybitwy czy orkołaki.
Dalej, w oddali około pięćdziesięciu kilometrów, zaczynała się pustynia Plevota, z której nikt nigdy nie wracał. Było na niej tak gorąco, że ludzie często umierali po kilku godzinach pobytu na niej. Mówiąc prościej – było na niej gorąco jak w piekle.
Argent wiedział także, iż mieszkają na wielkim składowisku broni.
Pod południowymi rubieżami gór Alockich i północną częścią Gór Forvet żyła rasa mrocznych elfów. Cywilizacja ta atakowała zawsze w najmniej spodziewanym miejscu i o najmniej spodziewanym czasie. Zawsze z fanatycznymi kapłankami na czele czarnej armii, oddanymi jakiejś cholernie fanatycznej bogini.
I nie dziwota.
Marderzy byli szaleni. Poświęceni głupiemu kultowi, który niszczył ich sumienia, a tworzył je na nowo przed obliczem tej ich przeklętej władczyni ze sfer.
Argent patrzył na bezładną kupę kurhanów wojowników.
I wtedy przypomniał sobie sen.
-----
- Aes’ghva’l! – skrzyknął marder do jednego ze swoich pobratymców – Va gor!
- Av Ordinae Elixinum tu th’lavi? – spytał ów kompan.
- Katla th’jo rosse. Dera du relaxut.
Obaj marderzy przebywali w jednej z tawern podziemnego miasta Sawwokerozzom. Tawerna zwała się „Aeg Glesien”, czyli „Życiodajna Śmierć”. Pili od dłuższego czasu alkohol zwany „Turviant”.
Marderów charakteryzowała czarna karnacja skóry. I niewielkie, w przeciwieństwie do elfów z powierzchni, oczy, którym zagrażało jakiekolwiek jaśniejsze światło.
Nie ulegało wątpliwości, że mroczne elfy do czegoś się szykowały. Wyczuwało się to w ciężkim powietrzu podziemi. Z każdym oddechem zwiększała się niecierpliwość elfów podziemi..
To się czuło wszystkimi zmysłami.
Marderzy chlali Turviant.
Wielu już padło pod naporem niezwykle mocnego trunku. Niektórzy trzymali się nadal, półprzytomnie, w tym dwóch kompanów.
Nikt nie przypuszczał, że gdy wyjdą na powierzchnię, stracą swoją siłę.
Swą władzę
Swą potęgę.
Wszystko, co tworzyło ich niezniszczalnymi.
-----
Argent wiedział już, o czym traktował jego sen.
A raczej wizja.
Wizja ta przedstawiała mordercze walki elfów powierzchni zjednoczonych z plemiona barbarzyńskimi gór Alockich przeciwko elfom podziemi. Obie armie stawiały sobie czoła. Nie widział jednak rozstrzygnięcia.
Pamiętał jeszcze, że to co widzial w swym śnie, miało nastąpić z powodu jakiegoś cholernego, małego kamyka. O nazwie Ordinae Elixinum. Kamyka o kolorze krwistej czerwieni.
I wtedy zrozumiał.
To był Kamień Przepełniony Krwią.
Kamień ten miał zmienić bieg historii, przechylić szalę zwycięstwa na stronę marderów. Miał pogrążyć świąt w wiecznych ciemnościach, do klimatu przyjaznego elfom podziemi, o ciężkim powietrzu i nikłym świetle.
Jedna z pięciu przepowiedni gnomiego mędrca, Javelliego.
… i z otchłani wyjdzie rasa potężna, demonstrując swą siłę na niczemu nie winnych ludziach, elfach, i rasach karłowatych… Zwiastować to będzie nową erę… Erę bez słońca, które powróci tylko wtedy, gdy Ordinae Elixinum, Kamień Krwi i symbol cierpień zostanie unicestwiony…
Ordinae Elixinum.
Tak, to jest to.
Kamień Przepełniony krwią.
Symbol Cierpień.
-----
Rzeki spływały czerwoną cieczą i kikutami kończyn.
Rzeki te niosły za sobą śmierć. Pokazywały jak wielka jest nieudolność i żądza władzy marderów.
I jak katastrofalne niesie za sobą skutki.
W powietrzu unosił się czarny dym.
Podczas napadu marderów na terytoria plemion ludzi i nieludzi spalono, zgwałcono i zamordowano ogromną liczbę osób z ich rąk. Padła pod ich naporem spora liczba wiosek. Teraz resztki armii ludzi, elfów, krasnoludów, niziołków, gnomów i karłów, często rannych, tłoczyły się wraz z kobietami i dziećmi, tworząc prowizoryczne miasteczko.
Ale to, co zadziwiało najbardziej, to pomoc monstrów podczas walki z nieprzyjacielem. Orkołaki, rybitwy i bornity zagradzały przejścia przez rzeki. Ghule, graveiry i szczurołaki atakowały w dolinach i kotlinach. Vitiny, smoki i dżinny napierały z powietrza.
Jedyny wyjątek w historii, w którym potwory pomogły ich rasowym wrogom, zwykłym ludom.
I marderzy przegrali.
-----
- Do broni!
Świst strzał i bełtów. Huk eksplozji. Dźwięki uderzanych o siebie mieczy.
- Do broni!!! Alaaaarmmmm!!! Marderzy atakują!!!
Argent nie czekał. Szybko się pojawił przy bramie wejściowej do wioski, z długim mieczem oraz założonym na głowę hełmem.
- Panowie! – krzyknał sołtys Herbacianego Grodu – Wiedota wam, co wam mus robić! Bij, zabij mrocznego elfa! Na pohybel sku*****om!!!
- Na pohybel sku*****om!!!
Marderzy, w kolosalnej liczbie, oblężyli Herbaciany Gród. Czterystu osiemnastu wojowników plemienia Everesken przeciwko tysiąc czterystu mrocznych elfów.
Walka szybko rozgorzała na dobre. Pomimo zdecydowanej przewagi, marderzy nie dawali rady obrońcom wioski. Nie mieli zbyt wielkiego doświadczenia w przeciwieństwie do plemieńców.
I szybko by przegrali, gdyby nie czarodzieje i fanatyczne kapłanki.
Było ich zaledwie kilku: czarodziejów czterech, a kapłanek siedem. Lecz zasiali od razu spustoszenie. Ogień panoszył się nieokiełznany, zaklęte pociski trafiały w jedną piątą obrońców.
Teraz to Herbaciany Gród stanął w obliczu porażki. I niechybnie taką porażkę szybko by ponieśli. Gdyby nie odsiecz wojowników plemienia z kilki innych wiosek.
Everesken wygrało bitwę. Lecz nie wojnę.
-----
- Skąd nadeszli?
- Chyba spod Gholu. Sądzę też, że zaatakowano kilka innych plemion.
- Odgadłeś. Mają równie poważny problem, co my. W obliczu zagrożenia plemiona powinny się zjednoczyć. Wszyscy musimy się zjednoczyć.
- Skąd taki pomysł, panie?
- Zadałeś bardzo nielogiczne pytanie, Tretech. Musimy zjednoczyć nasze armie. To oczywiste. A potem zwabić armię tych fanatyków w jedno, neutralne miejsce. I tam ich rozwalić.
- Wspaniały plan, lecz trudny do osiągnięcia, panie. O ile do osiągnięcia.
- Nie obrażaj mnie, Tretech! Jestem twoim wodzem!
- Cóż zatem mam zrobić?
- Wyślesz posłańców z obstawą do Norgen, Vsadi, Gwelher i Zlavet. Z oczywistymi propozycjami.
- Tak zrobię, panie
-----
Argent stał w milczeniu, z zakrwawionym mieczem w prawej ręce.
A więc przepowiednia Javelliego nie kłamała. Nadchodzi nowa era, era bez słońca…
Wygraliśmy jedno starcie, ale kolejnych już wygrać się nie da. Nasz los jest przesądzony.
W głowie Argenta tłoczyły się dziwne myśli. O przeznaczeniu. O marderach. O mieczach. O plemionach. O Ordinae Elixinum…
Padnij na kolana, śmiertelniku powierzchni!
Argent wzdrygnął się na wołanie bogini mrocznych elfów.
Padnij na kolana, śmiertelny głupcze! Padnij przed swoją nową panią!
Nie padnę.
Padniesz, bo ja ci tak każę!
Nie padnę!
-----
Sześć dni później w siedziby wodza plemienia Everesken zebrało się pięciu władców, pięciu plemion zachodu gór Alockich, by debatować, jak pokonać marderów. I kto będzie przywódcą nowego, wielkiego plemienia.
- Suponuję, iż ty dowódcą nie będziesz, Vestre – rzekł władca Norgen, Ongaard.
- I ja też! – krzyknął pan Vsadi, Gordiunat, wydymając policzki.
- Twierdzę podobnie – powiedział Konod, władca Zlavet.
- Głupotą by było, gdybyś nim został – burknął władca Gwelher, Giuseppe.
Vestre zmrużył oczy.
- Tak sądziłem – syknął – Nie pozostawiacie mi zatem wyboru.
- Jakiego wyboru, Vestre?! – ryknął Gordiunat – Zdrada!!!
- Tretech! Rusz swoje dupsko! Szybcieeeeeeejjjj!!!
-----
Wrzaski dobiegały z siedziby Vestre’a.
Argent, jako że stał najbliżej niej, nie czekał. Wyjął miecz i wbiegł do rezydencji wodza.
-----
Tretech atakował wraz z kilkoma innymi wojownikami broniących się przywódców, z naostrzonymi mieczami, pikami i halabardami.
Argent nie mógł stać bezczynnie. Zaatakował Vestre’a i Tretecha z obstawą.
Musiał zabić Vestre’a. Choć dość niechętnie.
I go zabił. Choć nie wiedział jak.
-----
- Dzięki ci, szlachetny rycerzu! – powiedział z wrażenia Gwelher – Uratowałeś nam skórę! Wszyscy jesteśmy ci dozgonnie wdzięczni!
- Nie ma za co – wymamrotał Argent.
- Mamy dla ciebie propozycję – odezwał się Konod.
- Zamieniam się w słuch.
- Co to za propozycja? – spytał z nieufnością Giuseppe.
Konod zignorował go.
- Ongaard, Gordiunat, Giuseppe i ty… Eee, a jak cię zwą?
- Argent Kethander.
- No więc Argencie Kethander. Po mej śmierci, Zlavet i wioski należące do mego plemienia staną się twą własnością i zostaną przyłączone do twojego.
- Mojego plemienia? – zdziwił się totalnie Argent.
- Plemię Everesken należy teraz do ciebie – rzekł Konod, uśmiechając się.
Reszta przywódców zmarszczyła czoła, a Gordiunat nawet parsknął.
- Co ty pieprzysz?! – wrzasnął.
- Gord, uspokój się – powiedział Ongaard – On się wydaje mieć dobrze poukładane w głowie. Lepiej, niźli Vestre.
- Popieram – dodał Giuseppe.
- To chyba przegłosowane? – spytał Konod, patrząc na wściekłą minę Gordiunata. Władca Vsadi pożądał plemiona Everesken i Zlavet. A teraz ma być odwrotnie.
Argent schował twarz w dłonie.
-----
- Patrz!
Elf machinalnym gestem zaprosił adepta do siebie.
- Patrz, Gohondev’v! Patrz! Co widzisz?
Gohondev’v zastanowił się przez chwilę i rzekł. Ale jakoś nienaturalnie ochryple.
- Widzę rasę, wychodzącą spod gór, krew niewinnych osób, przelewaną przez nią. Widzę rzeki spływające tą krwią i ciałami niewinnych ludzi. Widzę przekleństwo elfów i całego świata. Widzę wieczne mroki, erę bez słońca. Widzę Ordinae Elixinum, Kamień Przepełniony Krwią, symbol cierpień, drogę marderów, symbol braku miłości, rządy złych… Widzę…
- Wystarczy! – syknął nauczyciel.
Nie ulegało żadnej wątpliwości, że Gohondev’v wieszczył. Leżał bowiem na posadzce.
- Co to znaczy? Czyja to przepowiednia? Kto to wcześniej wywieszczył?
- Gnom Javelli. To jedna z jego pięciu przepowiedni. Zapowiedź Apokalipsy.
Elfi nauczyciel zmarszczył czoło. Nigdy jeszcze ów adept nie był tak kompetentny w stosunku do dawanych mu lekcji. A jego mistrz jednocześnie tak zadowolony i zdziwiony. Bardziej jednak cieszył się, że jego uczeń zaczął wreszcie doceniać umiejętność zapamiętywania rzeczy zapisanych w grimuarach i księgach biblioteki w górze Evokozor.
- Mistrzu… - zaczął Gohondev’v.
- Nic nie mów, ludzki uczniu – przerwał mu stanowczo elf dysonansem – Staram się Myśleć, a ty tylko kierujesz mnie na zły tor tych myśli. Zamilcz proszę.
- Mistrzu…
- Powiedziałem: zamilcz!
- Mistrzu! Musisz mnie wysłuchać!
- Czego chcesz?!
- Na południe od nas gorzeje wojna. Marderzy zaatakowali ludzi. Mają Ordinae Elixinum. Rozpoczynają erę bez słońca…
- Że co?! – zdziwił się elfi nauczyciel.
- To co mówiłem, nie było wieszczbą. Ja tam byłem. Widziałem to. Oczyma pewnego wojownika.
- Niby jak?
- A tego to ja już nie wiem.
Elfi nauczyciel zmarszczył czoło jeszcze bardziej. Słowa te zaskoczyły go kompletnie, a jego myśli, porządnie poukładane, jak ciuszki krasnoludzkich kobiet, teraz stanowiły istny burdel.
- Aes’ghva’l de rothe! – krzyknął bez zastanowienia, a magiczna bariera chroniąca Gohondev’v’a przed ucieczką z lekcji znikła – Da gorn es loth ger far dognicnat van celia! Chodź, człowieku!
- Gdzie?
- Nieważne, gdzie. Musimy porozmawiać bez użycia magii.
Uczeń posłusznie pomaszerował za swym mistrzem.
- Uczę cię od dwudziestu lat, człowieku. I wreszcie zacząłeś dostrzegać ważne rzeczy w pewnych sprawach. Ale nie to jest najbardziej dziwne. Wiesz, o co mi chodzi?
- Nie.
- O to, że jakimś cudem, ludzcy czarodzieje, alchemicy, a czasami nawet wojownicy, którzy zabili jakieś ogromne potworzyska żyją conajmniej trzy razy dłużej od zwykłych mieszczuchów czy wieśniaków. Natomiast wieszcze i kapłani żyją krócej. Pojmujesz?
- Nie za bardzo rozumiem, do czego zmierza twój wywód, mistrzu.
- Kiedyś, przy ujściu rzeki, zwanej przez ludzi Karhetą bądź Permamentną, pomiędzy dwoma skalistymi urwiskami, była wspaniała siedziba elfów, Solandar Ardu. Nasza rasa czerpała w tej siedzibie spokój, wytchnienie, natchnienie, mądrość i nieskończoną nienawiść do rasy ludzkiej, choć niczym nie popartą. Później, nad wybrzeże Josk Arn zawitał nie kto inny, jak mag i alchemik Kastjen, to było jakoś dwa tysiące dwieście lat temu. Rozwalił naszą stolicę w mgnieniu oka. Później słuch o nim zaginął. Powiadają, że targnął się na swe życie. Wiesz zapewne już, że podobno wytworzył mikstury pozwalające na bycie szybszym, potężniejszym, precyzyjniejszym i zwinniejszym stokroć bardziej? W krainie daleko na południu, zwanej Soflot? Jak mówiłem słuch o nim zaginął i bardzo dobrze. Ale pracę nad tymi miksturami prowadzili dalej dwaj jego uczniowie, Ister i Koled. I tę pracę ukończyli. To oni nadali nazwę „Mikstury z Soflotu”. Jak dobrze zresztą wiesz. Następnie po ich śmierci, z wieży, w której pracowali ulatywała ogromna energia magiczna, ściągając i deformując stworzenia z całego świata, mutując. W skrócie: powstały potwory. Co do mikstur, wiele wyniesiono, równie wiele zniszczono podczas potyczek o nie. Wiele także spożyto. Dla wielu to była śmiertelna decyzja o spożyciu.
- Po zniszczeniu Solandar Ardu natomiast, sytuację wykorzystali ludzie, pierwotni ludzie, którzy przybyli z dalekiego zachodu, kiedy pustynia Plevota nie była jeszcze tak gorąca i posiadała oazy. Sześćset lat po przybyciu na Kelhalesh i sto mileniów po wybudowaniu Solandar Ardu po prostu wykorzystali sytuację. Wcześniej żyli w zgodzie z nami. A Kastjen tylko ich poszczuł. Nie winię za to bynajmniej ciebie, Gohondev’v, ale na elfich ruinach Stolicy Mądrości, stworzyli małą osadę z drewna, gliny i wałów ziemnych, tymczasem my wykorzystywaliśmy marmur, kamień, metale szlachetne i naturę. Żyliśmy w zgodzie z naturą. A ludzie tą zgodę szybko rozwalili. Karczowali puszcze, które pokrywały większość Kelhaleshu. Niszczyli nasze osady. Aż musieliśmy się wycofać w góry Alockie, gdy zostało nas zaledwie kilkanaście tysięcy… i czekać. Czekamy nadal, rosnąc w siłę z każdym kolejnym dniem.
- Te półtora tysiąca lat czekania przynosi oczekiwane efekty. Z kilkunastu tysięcy rozrośliśmy się do dwudziestu milionów, choć jesteśmy czterokrotnie mniej liczni od ludzi. Ale żyjemy po sześćset, siedemset lat w przeciwieństwie do zwykłego człowieka, który żyje lat najwyżej osiemdziesiąt.
- Rozumiesz teraz?
- Bardziej, mistrzu. Ale domyśliłem się czegoś innego.
- Mów.
- Czy to nie marderzy wykradli Ordinae Elixinum, po destrukcji Solandar Ardu?
- Tego oczekiwałem! Owszem. Mardasse Dellathre Urvanoios wykradli ten cholerny kamyk. Ale wcześniej zwał się Seslayon Cardonium. Był Kamieniem Przepełnionym Miłością, a nie Kamieniem Przepełnionym Krwią. Drogą elfów, nie marderów. Był zielony, nie czerwony. Symbolem pokoju, a nie cierpień. Marderzy zmienili całkowicie ten kamyk z Seslayon Cardonium w Ordinae Elixinum za pomocą biesiej magii. Nie da się go odczynić na odwrót, z powrotem ze złego na dobry. Dlatego nie używamy tak potężnej magii: gdy się jej użyje, nie ma już odwrotu.
- Można go unicestwić?
- Nie sądzę. Myślę raczej, że można go… Hmmm… Poskromić…
- Mistrzu mam jeszcze jedno pytanie.
- Słucham.
- Nigdzie nie znalazłem treści ostatniej przepowiedni Javelliego.
- To było raczej stwierdzenie, aniżeli pytanie. Ale dobrze. Zadziwię cię, ponieważ nikt treści tej wieszczby nigdy nie spisał. Przypuszczam jednak, że chodziło o to, iż Solandar Ardu kiedyś na powrót stanie się stolicą elfów. Po erze bez słońca. Aha… I czy jesteś naprawdę pewny, że widziałeś czyimiś oczyma, że maruderzy atakują osady ludzkie?
- Tak, mistrzu.
- Chodźmy zatem.
- A dokąd?
- A do króla, prosząc o wsparcie dla Maveriddonnell.
-----
- Królu Dedanie…
- Witaj, mistrzu Hihrantannontixxe. W jakiej sprawie do mnie przybywasz? Pulsap mówił, że jest nie cierpiąca zwłoki…
- Bo jest. Królu Dedanie… Proszę cię o wysłanie dwudziestotysięcznej armii, wspomagającej Maveriddonnel w walce z Mar De Urv…
- Nie przekonałeś mnie, mistrzu. Niby dlaczego miałbym to zrobić?
- Bo marderzy w końcu użyli Ordinae Elixinum.
- Teraz mnie przekonałeś.
-----
Argent stał, patrząc na swą siedzibę z zewnątrz.
Będę musiał, do cholery, poprowadzić armię na marderów. A lud jakoś dziwnie entuzjastycznie przyjął mnie jako nowego przywódcę. Co jeszcze może być gorszego?
Na dodatek Gordiunat i Konod się pozabijali. Giuseppe spadł z balkonu swej rezydencji. Ongaard popełnił samobójstwo.
I ja mam nimi wszystkimi rządzić? To właśnie to jest najgorsze.
- Panie! – zawołał ktoś zza pleców barbarzyńskiego wodza – Panie! Marderzy atakują!!!
- Co się tak drzesz? Poza tym marderzy blefują. Jest jeszcze dzień. Nie ma nocy. To zasadnicza różnica.
- Mam odwołać ustawienia obronne, panie?
- Nie. Ustawienia obronne są ustawieniami obronnymi. Musimy być gotowi. Niech pilnują mostu Ghol. I wyjścia na powierzchnię pomiędzy Aev i Keliander. W razie rzeczywistego ataku, mają rozwalić most. I pilnować dyscypliny.
- Tak, panie!
Ukłonił się i odszedł.
-----
Słońce coraz szybciej chyliło się ku zachodowi
Wojownicy czekali na atak czarnej armii. I wtedy zza gór pojawiła się całkiem liczna armia. Lecz nie była to armia z podziemi, tylko z powierzchni. I z pewnością nie były to mroczne elfy.
Tylko zwykłe elfy i osobnicy ras karłowatych.
-----
- Witaj, panie Herbacianego Grodu i plemienia Everesken – rzekł starszy elf – Jestem Hihrantiannontixxe. A to mój uczeń Gohondev’v. Człowiek.
- Witaj, Hihran-jak-ci-tam. Argent Kethander – powiedział przywódca, podając rękę elfowi, który ją uścisnął – Po co tu przybyliście?
- Wiemy, że jesteście w stanie wojny z marderami. Przybyliśmy pomóc zwyciężyć ich. Zmienić przeznaczenie.
- Godna podziwu postawa elfów i karłów, którzy przybyli pomóc ludziom w walce z marderami i zmienić przeznaczenie – stwierdził Argent.
- Niewątpliwie – rzekł Hihrantiannontixxe – Uwaga, słońce zaszło!
- To na co czekacie? – spytał Argent – Na rozkaz pozwalający wyszczać się w krzaczki? W szyk!
- Panie, mar… - krzyknął ktoś za plecami wodzami, lecz ten mu przerwał:
- Tak, wiem. Marderzy atakują. Do boju z przeklętą rasą!!!
-----
G’harden stała rozkraczona. Przed nią, w powietrzu wisiał Ordinae Elixinum.
Mroczna elfka była nominalną władczynią marderów. Teraz mruczała coś pod nosem, kończąc zawsze akcentowanym słowem „plevonrthen”. Chwilę później przestał mamrotać. Zaczęła wywyższać swoją boginię, śpiewając pieśni uwielbienia o niej. Gdy wreszcie skończyła, spojrzała na młodego mardera.
- Va gor! – krzyknęła do niego.
- Al ietre porthe – powiedział nieśmiało.
- Kast’here?
- Kethlan.
- Al vol G’harden.
Spojrzała na niego wzrokiem, który wydawał się być jednoznaczny.
- Sa valles kerron – powiedziała pociągająco.
- Il nett re oprre… - zaprotestował Kethlan.
- Il na pant. Tos rogo nottre.
I wtedy zaczęli to robić.
-----
Plemiona z pomocą elfów i karłów pokonały marderów w kolejnej bitwie.
- Wiktoria! – krzyknął ktoś z tłumu.
- Wiktoria czy nie wiktoria, wojna trwa.
- Nieważne! Przynieść beczki z miodem!
- Trwa wojna!
- Powiedziałem: przynieść beczki z miodem!
I przyniesiono.
-----
Dwanaście dni później sytuacja wyglądała jeszcze lepiej. Jednak nie zanosiło się na szybkie zakończenie wojny. Nastrój zepsuła wszystkim informacja od zwiadowców: maruderzy idą pod Evokozor.
- Nie ma więc chyba innego wyjścia – westchnął Argent – Idziemy pod Evokozor. Tam się zaważą losy świata. Kobiety i dzieci niech się przeniosą do Vsadi. A mężczyźni niech wezmą cokolwiek, co się nada do walki. I pójdą za mną.
- Panie, nie da się przeprowadzić cywilów do Vsadi! To wysoko w górach! Idzie bardzo sroga zima, kończy się jedzenie! Zanim dotrą do Vsadi, umrą z głodu! Proponuję by się przenieśli do Zlavet!
_ Tak więc każ zrobić! A my idziemy na wojenkę! No już, panowie! Na pohybel sku*****om!
-----
Walka trwała już trzy godziny.
Argent na czele armii zjednoczonych plemion, elfów, krasnoludów, niziołków, gnomów i karłów walczył przeciwko czarnej armii napastników.
Widowiskiem możnaby było to nazwać, gdyby nie powaga sytuacji.
Świsty strzał i bełtów. Huki eksplozji. Dźwięki uderzanych o siebie mieczy.
I wtedy Argent ją zobaczył. Stała rozkraczona nad brzegiem jeziora, całkiem naga, próbując dokończyć akt zapłodnienia z młodym marderem. A nad nimi wisiał w powietrzu Ordinae Elixinum. Symbol przekleństwa wszystkiego, co dobre.
Stała nadal nad brzegiem jeziora.
Argent przebił się przez armię wroga, do arcykapłanki. Ale ona stała już nie naga i na dodatek przygotowana. A w jej rękach leżał już spokojnie Ordinae Elixinum.
- Dzisiaj zostałam zapłodniona – powiedziała cicho – po dwunastu dniach, jakże rozkosznego stosunku. Nie zabijesz ciężarnej. Jesteś za szlachetny na to. Nie zrobisz tego. Nie zrobisz tego swojej byłej ukochanej, Argencie Kethander…
- Dla mojego ludu zrobię wszystko – syknął przez zęby Argent.
G’harden rzuciła w górę Ordinae Elixinum, zaślepiona swym bezsensownym fanatyzmem.
I zajrzała śmierci w oczy.
-----
Ordinae Elixinum leżał nieruchomo na ziemi. Bitwa była skończona. Marderzy ponieśli ogromną klęskę.
- Panie mój… - powiedział Kethlan do Argenta – Panie mój… Nie zabijaj mnie…
- Milcz, su***synu! – rzekł wściekle przywódca zjednoczonych plemion.
- Panie mój! Przepraszam! Nie chciałem jej spłodnić! Nie chciałem z wami walczyć! Nie widzę w was nic złego! Ona mnie zmusiła, bym jej to zrobił! Przepraszam!
- Wybaczam ci. Ale milcz nadal, wredna kanalio. Ja ją kochałem, jak i ona mnie. A potem powiedziała mi, że jej matka nie żyje. Zaczęła rządzić. Oślepła z głupoty i fanatyzmu. I przestała mnie kochać. Wielokrotnie widziałem we śnie, jak ożywia ten plugawy kamyczek. Oślepła. I chyba brakowało jej mojego ciepła. Zmieniła przeznaczenie. I mi brakowało jej ciepła. Kochałem ją nadal. A teraz widzę, że to nie warte było zachodu. Zrobiła mi specjalnie tą przyjemność, bym walczył jako przywódca armii obrończej.
- Panie… Nie zabijaj mnie… I pozwól mnie zabrać ze sobą, gdziekolwiek by to było.
- Nie zabiję cię… I pozwalam. Choć nie wiem, czy dobrze robię.
-----
- Zostawcie go w spokoju! – krzyknął opieszale Argent.
- To marder! Biesi pomiot!
- Powiedziałem: zostawcie go! On jest teraz jednym z nas! A dlaczego, to już powinno was obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg, nie mówiąc o tegorocznym!
- Argent, pozwól na chwilę – syknął elfi nauczyciel z wnętrza jednego z niewielu pozostałych domów.
- Słucham.
- Zabieramy to ścierwo, symbol cierpień, drogę marderów, dawną drogę elfów do pewnej wioski, daleko na północy, która się zwie Norfolk. Tam tylko poskromimy moc tej kanalii.
- Jeśli to ma pomóc ludowi memu, to droga wolna. Nie jest mi to potrzebne.
- Dziękuję. Nie, zaczekaj jeszcze chwilę! Co teraz zamierzasz zrobić?
- Nie mam chyba wyboru. Muszę się wraz z mym ludem udać nad wybrzeże Josk Arn. I tam założyć silny kraj.
- To nie będzie łatwe.
- Wiem. I może spróbuje odbudować Solandar Ardu. Coś, co miało nie powrócić.
- Szlachetny jesteś.
- To też wiem. A teraz wybacz. Muszę oznajmić tą wieść moim poddanym.
I oznajmił.
-----
I stało się.
Ordinae Elixinum jest w drodze do tej wioski, Norfolku. Nie będzie ery bez słońca. Przeznaczenie zostało zmienione.
A my wędrujemy zimą przez góry Alockie nad Josk Arn.
Opuścił dawne tereny zjednoczonych plemion raz na zawsze.
-----
Była bardzo ciepła wiosna.
Dotarli nad wybrzeże wręcz o idealnej porze.
-----
Argent patrzył na wszystkich zmęczonym wzrokiem. Był dumny ze swoich rodaków.
Nad rzeką, którą ochrzcił Blettą, wybudował drewniany gród z podgrodziem zwany Okkojon. Jego syn Floreth zaś przekształcił gród w murowane miasto i wybudował kilkanaście innych gródów. A wnuk Argenta, Alver, rozwinął handel, miasta, jednostkę monetarną i armię. Utworzył także państwo zwane Draumą, ze stolicą w Okkojonie właśnie.
Największą zaletą tego wszytkiego był fakt, iż Ordinae Elixinum, kamyk, który miał tak wiele symbolów i znaczeń leżał spokojnie na dalekiej północy, w wiosce Norfolk, poskromiony przez elfich magów i kapłanów.
I bardzo dobrze.
KONIEC

Tłumaczenia:

Maveriddonnell - słowo określające ludzi przez elfów. W dosłownym tłumaczeniu gównojady :)
Ordinae Elixinum - nie oznacza to wcale w języku elfów Kamień Krwi, lecz Przeklęte Berło bądź Przeklęty Ślad
Mardasse Dellathre Urvanoios (skrót - Mar de Urv) - zła splugawiona istota
Josk Arn - Tygrysie Kości
Everesken - Plemię Czterech Pograniczy
Seslayon Cardonium - dosłownie Węgielne Zwycięstwo
Kelhalesh - Kontynent Mroku
Kastjen - Syn Posiadającego Moce
Drauma - Naród Wyzwolony
Solandar Ardu - Stolica Mądrości bądź Życiodajne Miasto
Marder - nazwa ta powstała od połączenia słów "Mar de Urv""

_________________
Z poważaniem, Donna Ezena Capo di tutti capi Nazguli Ortografii
And when your heart begins to bleed, you're dead and dead, indeed.


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 27.05.2008 @ 9:35:55 
Offline
Yarpen Zigrin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01.03.2006 @ 9:23:29
Posty: 2308
Miejscowość: pitu pitu
Ja tam nie wiem, ale czy to wygląda na monstrum? ;))


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 02.06.2008 @ 14:56:58 
Offline
Dziecko-niespodzianka

Rejestracja: 13.12.2007 @ 15:11:46
Posty: 3
Miejscowość: Poznań
Nikt nie chce się ze mną podzielić, co sądzi o moim opowiadaniu?;)


Góra
 Profil  
 
PostWysłany: 02.06.2008 @ 16:19:10 
Offline
Król Dezmod
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07.12.2004 @ 21:09:53
Posty: 3423
Miejscowość: Poznań - Trzcianka, Trzcianka - Poznań.
Cytuj:
Rzeki spływały krwią i kikutami kończyn.

Spływały kikutami? Chyba jednak niekoniecznie
Cytuj:
by pokonać najgorszą rasę Kelhaleshu.

Najgorszą? Już ich nie lubię (:
Cytuj:
przeklęta armia

Któż ją przeklął?
Cytuj:
Wyszli nagle z dużej jaskini,

Ogromna armia wychodząca nagle z jaskini? (:
Cytuj:
wiosce Herbaciany Gród. Właściwie nie była to wioska, lecz kilkadziesiąt bezładnie porozrzucanych chat z drewna, pokrytych strzechą.

Kilkadziesiąt chat rozrzuconych w nieładzie to nie wioska?
Cytuj:
Jednak nic nie pamiętał. Tylkom jakieś mętne obrazy, przedstawiające lejącą się krew.

To nie nic.
Cytuj:
Spływ rzeki przy wiosce

Spływ rzeki? I jednak przy wiosce (:
Cytuj:
Dalej, w oddali

(:
Cytuj:
A raczej wizja.

A dlaczego wizja a nie sen?
Cytuj:
to co widzial w swym śnie,

Jednak sen?
Cytuj:
Miał pogrążyć świąt w wiecznych ciemnościach, do klimatu przyjaznego elfom podziemi

Pogrążyć do czegoś to chyba nie jest dobre określenie...

Cytuj:
Rzeki spływały czerwoną cieczą i kikutami kończyn.

I znów rzeki spływają kikutami (:
Cytuj:
Pokazywały jak wielka jest nieudolność i żądza władzy marderów.

Dlaczego nieudolność?
Cytuj:
Podczas napadu marderów na terytoria plemion ludzi i nieludzi spalono, zgwałcono i zamordowano ogromną liczbę osób z ich rąk.

Z czyich rąk spalono, z czyich zgwałcono a z czyich zamordowano?
Cytuj:
napierały z powietrza.

Przeczytałem napier*alały :P
Cytuj:
Dźwięki uderzanych o siebie mieczy.

Uderzających o siebie.
Cytuj:
zasiali od razu spustoszenie

Zasiali górale żyyyyto.
Cytuj:
Nie padnę.
Padniesz, bo ja ci tak każę!
Nie padnę!

To nie.

Dalej nie dałem rady.


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 02.06.2008 @ 22:16:19 
Offline
Villentretenmerth

Rejestracja: 31.03.2003 @ 11:09:17
Posty: 5167
Miejscowość: Lancre
aerodynamik napisał(a):
Nikt nie chce się ze mną podzielić, co sądzi o moim opowiadaniu?;)
Zdzierżyłam 5 akapitów. Radze pomyśleć nad innym sposobem zarabiania pieniędzy niż bycie pisarzem. Chyba, że masz 13 lat i to Twoje pierwsze w życiu opko.


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 02.06.2008 @ 22:25:29 
Offline
Król Dezmod
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07.12.2004 @ 21:09:53
Posty: 3423
Miejscowość: Poznań - Trzcianka, Trzcianka - Poznań.
Doczytałem do końca. Mógłbym wypunktować jeszcze sporo rzeczy, ale nie chciało mi się :P Co do fabuły: Jak na przepowiednię o wielkiej krwawej wojnie i erze bez słońca to całkiem ładnie poszło obrońcom. Pozamiatali i spokój (:


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 03.06.2008 @ 20:00:08 
Offline
Babka Yarpena Zigrina
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27.06.2005 @ 16:28:29
Posty: 2847
Miejscowość: spod samiućkich Tater/Krk
Cytuj:
- A dokąd?
- A do króla

Nie ma to jak inteligentne odpowiedzi na inteligentne pytania :)

Cytuj:
Jest jeszcze dzień. Nie ma nocy. To zasadnicza różnica.

Powiedziałabym nawet, że cholernie zasadnicza...

Cytuj:
G’harden stała rozkraczona.

Już to widzę oczyma wyobraźni i zaprawdę, serce mi się raduje.

Cytuj:
I wtedy zaczęli to robić.

Ale że co? Bo ja strasznie ciężko kapująca jestem. :)

Cytuj:
Nie chciałem jej spłodnić!

Ze cztery razy ten wyraz musiałam przeczytać, zanim załapałam o co chodzi.

Cytuj:
Muszę oznajmić tą wieść moim poddanym.
I oznajmił.

Uwielbiam te bezpretensjonalne zakończenia akapitów.

I jeszcze te rzeki z kikutami otwieraja mi nóż w kieszeni.
I jeszcze masa innych rzeczy, ale już mi się nie chce punktować.

Genralnie nie bardzo kumam o co chodzi w całym tym opowiadaniu, ale nie przejmuj się za bardzo, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że trafisz na znacznie bardziej pojętnych czytelników :P

_________________
A pogledaj što sam našao
prevrćući raj i pakao
Divlje kose, tamna oka dva
cvijet bez korijena, ples je sve što zna

Tko te k' meni poslao
da mi anđelima kvariš posao?


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 17.06.2008 @ 12:48:13 
Offline
Adept
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26.10.2004 @ 9:31:58
Posty: 443
Miejscowość: Cornwall
lubie takie opka czytac gdy humoru brak;)))))))))
dzialaja lepiej niz moja ex tesciowa po pijaku;P

_________________
audaces fortuna iuvat


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 20.07.2008 @ 18:32:37 
Offline
Dziecko-niespodzianka

Rejestracja: 13.06.2008 @ 17:48:44
Posty: 7
ujdzie, ale to nie dla mnie

_________________
Błękitny i Skrzydlaty zderzyli się z hukiem i łomotem.
Topór był groźniejszy, ale miecz szybszy


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 21.07.2008 @ 8:46:30 
Offline
Murderatrix
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20.09.2002 @ 18:24:13
Posty: 14123
Miejscowość: Bielsko-Biała
Drogi fachowcu, jeśli nie masz nic sensownego do powiedzenia - po prostu nie mów.
Pozdrawia Ciocia Ezena Dobra Rada

_________________
Z poważaniem, Donna Ezena Capo di tutti capi Nazguli Ortografii
And when your heart begins to bleed, you're dead and dead, indeed.


Góra
 Profil  
 
 Temat postu:
PostWysłany: 21.07.2008 @ 12:37:15 
Offline
Evangelina Parr
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23.09.2002 @ 19:20:38
Posty: 31740
Miejscowość: z miejsca zwanego Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata
Przypomniały mi się czasy, gdy recenzowaliśmy takie opka hurtowo na zamkniętym podforum... :)

_________________
Czułe pozdrowienia! Co cię gniecie?
* * *
Pies, który szczeka, jest niedogotowany - przysłowie chińskie.


THIS IS NOT A LOVE SONG


Góra
 Profil  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group